Podróż do świata zawieszonego w czasie - Upper Mustan
Ponoć marzenia to tylko niespełnione plany, a ich odwlekana w czasie realizacja urasta do rozmiarów życiowych marzeń. Dlatego staram się marzenia spełniać, a plany realizować.
Odkąd zaczęłam jeździć w Himalaje i poznawać te niesamowite góry, wiedziałam, że w Nepalu jest taki region, do którego jeszcze do 1992 roku żaden turysta nie miał wstępu, zaś podróżnicy, którzy tam wjeżdżali, robili to na specjalnych warunkach, pod ścisłą kontrolą. Niewielu wybierało się w tamte strony.
Myślę tu o królestwie Lo, położonym w Upper Mustang. Znajduje się ono w północnym Nepalu, tuż przy granicy z Chinami (Tybetem).
Jego niedostępność przez wiele lat związana była nie tylko z ograniczeniami administracyjnymi, ale także wynikała z położenia geograficznego.
Zlokalizowane daleko na północy królestwo, otoczone szczelnie górami, strzegło swoich tajemnic przez wieki.
Od dawna myślałam o podróży właśnie w ten rejon Himalajów, jednak długo zwlekałam z tym wyjazdem, trochę obawiając się rozczarowania, bowiem wiedziałam, że przez Upper Mustang została poprowadzona droga, która niejako pozbawiła intymności ten region.
Myślałam, myślałam, aż w końcu przestałam myśleć i zaczęłam działać. Zebrałam grupkę kilku osób, które wraz ze mną postanowiły odbyć tę królewską wycieczkę.
Wiedziałam, że nie będzie to zbyt wielkie wyzwanie wysiłkowe, ale też nie można się spodziewać, że będzie to lekki spacerek w górach. Jechaliśmy przecież w najwyższe góry świata.
Dla niektórych było to ponowne spotkanie z Górami Wysokimi, dla innych pierwszy wyjazd do Nepalu. Lubię, gdy mogę być częścią takich pierwszych wypraw, bowiem już od początku, niemalże zaraz po wyjściu z samolotu, w oczach tych ludzi zaczynają świecić się iskierki przejęcia i olbrzymiej radości.
Już stolica Nepalu, Kathmandu, może przyprawić o zawrót głowy.
Intensywność tego miasta albo zachwyca, albo
przeraża. Mnie oczywiście zachwyca i cieszę się bardzo, gdy ludzie idą ze mną w
ten chaos jak w dym.
Lubię pokazywać znane mi miejsca i odkrywać wspólnie nowe.
Mówi się, że jesteś u siebie, gdy sieć Wi-Fi łączy się z twoim telefonem bez specjalnego logowania. Mam takie miejsca w tym mieście i tęsknię za nimi, gdy tylko wsiadam do samolotu w powrotną podróż do domu.
To powitanie z Nepalem nie trwa długo, zazwyczaj jeden dzień, a później trzeba ruszać w dalszą drogę.
Przed nami około 350 km, a pokonanie tej trasy zajmie nam ponad dwa dni. Najpierw docieramy do malowniczej, położonej nad jeziorem miejscowości Pokhara. Stąd m.in. wyruszają turyści idący pod Annapurnę. Tu mamy czas na krótkie zwiedzanie, turystyczne nicnierobienie i oswajanie się ze sobą.
Nieplanowanie trafiliśmy przy okazji na powitanie nepalskiego nowego roku i tym sposobem wylądowaliśmy w 2083 roku.
Szukam szczytu Machhapuchhre, który widoczny jest z tego miejsca, niestety nie tym razem. Góry pokryte były gęstym smogiem, a wilgoć i wysoka temperatura odbierały radość z tych pierwszych nepalskich dni. Jednak, gdy tylko wyjechaliśmy z miasta, już następnego poranka przywitało nas rześkie powietrze, a horyzont ośnieżonymi szczytami gór. Siedzieliśmy długo tego dnia przy śniadaniu, rozkoszując się pierwszymi górskimi widokami. W końcu jednak trzeba było wsiąść do samochodu. Przed nami kolejne kilometry i kolejny dzień w aucie.
Na trasie mijamy niewielkie lotnisko w Jomsom. Tak, mogliśmy tutaj dolecieć samolotem, ale kto by skorzystał z drogi na skróty, skoro można poznać kraj, telepiąc się i podskakując na każdej dziurze w drodze. I choć rzeczywiście droga jest wyboista i długa, a sama jazda mało komfortowa, to jednak daje ona możliwość podglądnięcia małych wiosek, zachwytu nad przepięknymi kaskadowymi polami ryżowymi i przyzwyczajenia organizmu do nepalskiego klimatu.
Powoli docieramy do Marphy. To piękne turystyczne miasto położone wśród sadów jabłoni. Cały region słynie z uprawy przepysznych jabłek, które reklamowane są na każdym kroku. Przebywamy tam wiosną, więc soczystych owoców nie spróbujemy, podziwiamy za to przepięknie kwitnące sady. Dociera tu wielu turystów, a uliczki roją się od sklepików z suszonymi jabłkami, cydrem i jabłkową whisky. Można również wypożyczyć tradycyjne tybetańskie stroje i porobić sobie zdjęcia przy wypchanym jaku. Zakopane w wersji nepalskiej zdumiewa komercyjnymi pomysłami.
Wspinamy się do niewielkiego klasztoru położonego na
wzgórzach miasta, stąd rozpościera się widok nie tylko na Marphę, ale na całą
okolicę.
Zachwyca mnie ilość pokrętnych uliczek, którymi utkane jest to miasteczko. Są powciskane szczelnie między domami. Wszystko po to, by chronić mieszkańców przed silnymi wiatrami. Te, jak się szybko okaże, wieją tutaj od wczesnego popołudnia do późnego wieczoru. Później idą dalej, jednak w ciągu dnia swoimi silnymi podmuchami potrafią mocno zmęczyć.
Domy są tu pomalowane na biało, a na dachu każdego suszy się drewno na zimę. To typowe dla tego regionu. Właściwie wszystkie wioski i miasteczka wyglądają tutaj podobnie. Trzeba jednak dobrze znać ich topografię, żeby nie pogubić się w skomplikowanym układzie.
Tego samego dnia, ale już po południu, idziemy
prawie dwie godziny w górę, żeby odwiedzić samotnego mnicha żyjącego w jaskini.
Mnich chętnie pozuje do zdjęć i pozwala zaglądać we wszystkie kąty swojego domostwa, jednak na duchową rozmowę o buddyzmie nie ma szans. Mnich nie mówi po angielsku, my nie znamy tybetańskiego. Uśmiechamy się tylko do siebie przyjacielsko, spoglądając na surowe skały, wkoło które odwiedzjący pustelnika okoliczni mieszkańcy hojnie przyozdobili buddyjskimi flagami.
Upper Mustang to region ściśle związany z buddyzmem. Mieszkańcy tego legendarnego rejonu to w dużej części Tybetańczycy, którzy zaczęli ściągać na te tereny zaraz po inwazji Chin na Tybet i tutaj stworzyli swoją małą ojczyznę.
Dziś malownicze, urokliwe nepalskie wioski w tym rejonie wypełnione są Tybetańczykami, którzy przez lata wtopili się w lokalny krajobraz.
Dużo w dynamice rozwoju rejonu zmieniła droga, która
biegnie z północy na południe. Celem jej powstania było ożywienie gospodarki
regionu i odbudowa stosunków gospodarczych z Chinami.
I choć dla lokalnej ludności to duże ułatwienie, dla turystyki trekkingowej to pozbawienie swego rodzaju kameralności wędrówki.
Choć przecież, jak pisze w swojej książce Magdalena Gołębiowska pt. „Daleko. Buddyjskie królestwo Mustangu”, powołując się na wypowiedź miejscowych: „Czy w Twoim kraju żyje się bez dróg?”.
Droga ułatwiła życie mieszkańcom. Odcinki, które kiedyś pokonywano konno w kilka dni, dziś pokonuje się autem w kilka godzin. W założeniach miała być ona odbudową jedwabnego szlaku, a stała się głównie szlakiem transportu taniego ryżu z Chin i innych towarów, które zalały Nepal.
Na trasie pokonujemy więc odcinki, które wiodą tą drogą. Jest szaro, płasko i piaszczyście. Jednak jakimś cudem z dnia na dzień jesteśmy coraz wyżej. Droga jest nudna, szeroka. Na szczęście idziemy nią tylko od czasu do czasu, tak jak wypada szlak, część trasy to ciągle górskie ścieżki.
Upper Mustang jest górską pustynią. Niewiele tu
roślinności, strumyków czy wodospadów. Za to rozpiętość gór jest zachwycająca. Skalisty
horyzont ciągnie się w nieskończoność. Na trasie niemalże nie ma turystów.
Idziemy więc rozpięci na wiele metrów. Każdy samotnie pokonuje swoją drogę.
Miejsca noclegowe zdumiewają swoim luksusem, jak na nepalskie warunki oczywiście. W każdym pokoju jest łazienka z ciepłą wodą i gniazdka, gdzie bez żadnych ograniczeń można ładować telefon. I choć brzmi to dość śmiesznie, bo właściwie to minimum hotelowe, ale nie w Nepalu, nie w górach wysokich.
Jesteśmy tu w połowie kwietnia. Dni są ciepłe, chwilami upalne, noce niezbyt chłodne. Nie marzniemy, tzn. ja nie marznę, bo reszta różnie radzi sobie z tymi mustangowymi luksusami.
Podążamy w kierunku stolicy regionu - Lo Manthang. Jeszcze do 2008 roku była to stolica królestwa, gdzie rządził uwielbiany przez mieszkańców król Jigme Dorje Palbar Bista. Jednak po demokratycznych wyborach w Nepalu, kiedy kraj stał się republiką, rząd zlikwidował wszystkie lokalne monarchie. Królowi pozwolono zostać w pałacu, do swojej śmierci, czyli do roku 2016. Sam pałac nadal stoi w stolicy regionu, jednak podziwiać można go tylko z zewnątrz.
Dawne królestwo Lo, czyli Upper Mustang, to tak naprawdę zaledwie kilka wiosek rozrzuconych na północy kraju. Wszystkie bliźniaczo podobne do siebie. Z białymi zabudowaniami i drewnem suszącym się na dachach. Dawniej ludność żyła tu z hodowli bydła. Dziś jedynie od czasu do czasu przez wzgórze przemknie stado kóz. Młodzi ludzie opuszczają ten region. Wyjeżdżają do wielkich miast, głównie do Kathmandu, lub jeszcze dalej - do Singapuru, Hongkongu, na Cypr czy do Rumunii. Mustang to legendarna kraina, dziś zamieszkała głównie przez starzejących się Tybetańczyków.
Ci nie zmienili przyzwyczajeń od lat. Po dziś dzień
kobiety przędą tradycyjne tybetańskie dywany i pasy, a mężczyźni po kątach
popijają lokalny domowy alkohol destylowany z ryżu, prosa lub innych zbóż - raksi.
Popołudniami wszyscy siedzą na zewnątrz, grzejąc się w słońcu. Powszechnym
widokiem są kobiety leżące bezpośrednio na ziemi, tulące się do rozgrzanej
powierzchni. Życie płynie wolno, według dawno ustalonego porządku.
Niewiele się tu zmienia. Jedynie Chińczycy budują gdzieniegdzie luksusowe hoteliki z myślą o zagranicznych gościach, którzy przyjadą w te okolice pojeździć na motocyklach. Kto chce zmian i rozwoju, wyjeżdża szukać postępu gdzie indziej.
Po kilku dniach niezbyt wymagającej wędrówki docieramy do Lo Manthang. Miasto wita nas przepiękną bramą wjazdową i okropnym wiatrem. Po szybkim lunchu ruszamy na zwiedzanie. Spacer zajmuje nam 10 minut. Tak wielkie jest to miasto.
Zderzają się tu dwa nurty. Sklepy z tanią chińszczyzną i te z drogimi pamiątkami dla turystów, po części sprowadzone również z Chin. Sklepy z chińskimi produktami znajdują się na obrzeżach miasta, jakby w trzeciej kolejności, a na głównym rynku sklepy z pamiątkami, które kupić można również np. w Kathmandu za połowę tej ceny, jaką żądają lokalni sprzedawcy.
LoManthang to dom dla jednego z ostatnich śladów tradycyjnego życia tybetańskiego.
Przechodząc przez ciasne, stare uliczki miasta, ciężko uwierzyć, że jeszcze do 2008 roku w mieście rządził król- radża.
Niesamowite to miejsce, gdzie obok tradycyjnie ubranych Tybetanek śmiga na motorach młodzież, psy leniwie wygrzewają się na ulicach, a z wysoka wszystko obserwuje ciekawskie oko chińskiego brata, bowiem granica leży tuż za wzgórzem.
Upper Mustang to kultura żywa. Tu tradycje i tożsamość kulturowa pielęgnowane są na każdym kroku i na szczęście nic nie mają wspólnego z folklorem robionym dla turystów.
Od lat chciałam tu być, przyjechać, popatrzeć na ten Tybet przeniesiony dosłownie z przyległych do granicy państwa terenów.
Religia jest tu nierozerwalna z codziennością. Na szlaku mijamy wiele pięknych, wiekowych gomp, czortenów i stup. To niemalże milczące posągi, filary pobożności, sztuki i dziedzictwa duchowego i kulturowego.
Czorteny w Mustangu stanowią ponadczasowe symbole nieprzemijającej istoty tego regionu i jego głębokiego związku z filozofią buddyjską.
Pełnią one funkcję ochronną, odstraszają złe duchy i
przynoszą błogosławieństwo zarówno mieszkańcom, jak i podróżnym.
Życie wypełnione jest tu religią, symboliką i
legendami jak chociażby tą o potężnym demonie, który bezkarnie panoszył się po
Tybecie, żeby w końcu zostać pokonany. Stąd w regionie czerwone skały mające
być nasączone krwią bestii, a długi na kilkadziesiąt metrów mur modlitewny,
którego resztki zachowały się do dzisiaj, to jelita pokonanego. Natomiast najstarsza
w okolicy świątynia to miejsce, gdzie spadło jego serce.
Nepalczycy lubią opowiadać tę historię. Podobnie jak pokazywać turystom niezliczoną liczbę jaskiń. Najwięcej jest ich w wiosce Chhoser, która znajduje się kilka kilometrów od stolicy regionu. Idziemy tam na piechotę, podążając drogą. Słońce praży uciążliwie, wiatr wznieca ogromny pył, a my trochę marudzimy, skarżąc się na wszystko. W jaskiniach odnajdujemy chłód i niezliczoną liczbę korytarzy. W całym Upper Mustang takich tajemniczych grot jest ponoć około 10 tysięcy. Powstały wiele wieków temu, a jeszcze w latach pięćdziesiątych służyły uciekającym z Chin Tybetańczykom jako doskonałe kryjówki.
Po penetracji jaskiń czeka nas droga powrotna, ta na szczęście wiedzie już nie drogą, a ścieżkami przez wioski. Można trochę poopodglądać mieszkańców, którzy chętnie pozują do zdjęć i machają do nas przyjaźnie. Niesie mnie ten spacer. Idę rytmicznym krokiem wyprzedzając wszystkich. Za każdym razem gdy jestem w górach zdarza mi się taki moment, pół dnia, kiedy rzeczywistość przestaje istnieć. Liczy się tylko droga, szlak. Radość jej pokonywania. Nie istnieje wtedy zmęczenie czy jakieś inne troski. Jakby ktoś mnie pchał do przodu, a ja mam wrażenie, że unoszę się nad ziemią. Przepiękny jest to stan. Jestem nie do zatrzymania, do czasu oczywiście. Ale uczucie lekkości jakie się we mnie wyzwala w tych chwilach wraca do mnie we wspomnieniach przez długie miesiące.
Tymczasem wracamy do Lo Manthang. Jutro idziemy na wzgórza zwiedzać średniowieczne ruiny zamku króla, który był na tyle majętny, że dla swej żony wybudował nieco mniejszy zamek, na wzgórzu nieopodal. Cóż za wygodne rozwiązanie.
W istocie to ruiny dwóch dawnych fortec utożsamianych lokalnie z zamkiem króla i zamkiem królowej. Stoją one na dwóch sąsiednich stożkowatych wzgórzach około 2 km na północ od Lo Manthang. Dziś zachowały się głównie fragmenty murów z ubitej gliny, ale miejsce należy do najbardziej fotogenicznych w całym Mustangu. Z ruin rozciąga się bowiem szeroka panorama na pustynne krajobrazy i okoliczne pasma górskie.
Powoli kończymy naszą wizytę w stolicy. Część z grupy decyduje się wracać do Kathmandu samochodem i samolotem, wykorzystując istniejące możliwości. Wytrwali piechurzy spędzą jeszcze kilka dni w górach. I choć plany mieliśmy śmiałe i szerokie, trzeba dostosować się do możliwości ogółu.
Skracamy więc nieco naszą wędrówkę, przeznaczając sobie tym samym jeden dodatkowy dzień na zwiedzanie Kathmandu.
Powrót okazuje się fantastyczną przygodą z przepięknymi podejściami. Na szlaku pokonujemy przełęcz Choku La- ok. 4298 m n.p.m. To jedna z najbardziej malowniczych przełęczy w rejonie Lo Manthang. Rozciągają się z niej szerokie widoki na dolinę i góry przy granicy z Tybetem. Już nieco niżej, bo na wysokości mniej więcej 4000 m n.p.m., mamy jeszcze jedną przełęcz - Lo La.
Niezależnie od wysokości przez cały dzień wieje okropnie, na przełęczach tak silnie, że żeby siebie usłyszeć i zrozumieć musimy krzyczeć.
Nepal zamieszkują bezpańskie psy. W każdym zakątku ich pełno, również w Mustangu. Z nami zaprzyjaźnia się jeden, wyraźnie daleki kuzyn tybetańskiego mastifa i idzie z nami przez cały dzień pokonując wzniesienia, przełęcze i rozległe pastwiska. Gdy docieramy do monasteru, gdzie mamy zjeść lunch, czeka na nas cierpliwie. Idzie z nami krok w krok. Martwię się jak sobie później poradzi. Pies podobnie jak my, późnym popołudniem dociera do teahouse'u i pada ze zmęczenia na trawę, my na łóżka. Przez okno spoglądamy na czerwone skały przypominając sobie legendę o okropnym demonie, który nawiedzał okolice.
Emocje pomału się wyciszają, zaczynamy planować zajęcia po powrocie do domu, liczymy czyste koszulki i pozostałe w kieszeni rupie.
Kolejnego dnia docieramy do Jomsom. Tu kończy się nasza przygoda z górami. Moglibyśmy wrócić samolotem, jednak decydujemy się na autobus.
Piękny był to czas, wietrzny, za to słoneczny, bez opadów i zbytniej spiekoty. Wędrowaliśmy legendarnymi terenami Górnego Mustangu. W wielu momentach czuliśmy, że dotykamy jakiegoś sacrum, że jesteśmy w mistycznym miejscu. Ilość mijanych i odwiedzanych świątyń potęgowała to uczucie. Szliśmy niemalże samotnie, dopiero w drodze powrotnej napotykając na dwie grupki turystów. Trekingowcy wolą rejon Everestu ze strzelistymi ośmiotysięcznikami na horyzoncie. My tym razem wybraliśmy spokojną wędrówkę w głąb historii. Odcinki pokonywane w ciągu dnia nie były długie i męczące, a w miarę ciepłe wieczory pozwalały na poleniuchowanie i poczytanie.
Tym wyjazdem spełniłam swoje marzenie, teraz czas
na… muszę chwilę pomarzyć.

Komentarze