Nie taki zwyły treking - Mera Peak





Poznałyśmy się kilka lat temu w bardzo prosty sposób. Skorzystałam z oferty wyjazdu do Pakistanu, pod K2, wyjazdu organizowanego przez Magdę Jończyk.
Był to bardzo intensywny czas, który zaowocował nie tylko niezapomnianymi wspomnieniami, ale również przepiękną znajomością, która trwa do dziś.

Po Pakistanie, w góry razem z Magdą pojechałam jeszcze raz, tym razem wybrałyśmy się w Andy. I tym razem przygód nie brakowało, a znajomość kwitła w najlepsze.

Gdy na początku 2025 roku zaczęłam planować wyjazd do Nepalu, pomyślałam o Magdzie i jej propozycjach trekkingowej. M. Jończyk trekkingi wysokogórskie organizuje od ponad 10 lat, a jej oferta jest naprawdę bogata.

Pomyślałam, że taki wyjazd to doskonała okazja nie tylko na ciekawy marsz przez najwyższe góry świata, ale również niesamowita okazja, żeby zobaczyć Nepal i ludzi tam mieszkających oczami mojej koleżanki.

Na przestrzeni lat wielokrotnie rozmawiałyśmy o Nepalczykach, o ich troskach, o życiu w bezwzględnych warunkach i o młodych ludziach, którzy uciekają z gór i swoje dorosłe życie zaczynają układać zupełnie gdzie indziej. Często poza Nepalem.

Chciałam poznać ten kraj na nowo, chciałam zobaczyć nie tylko przepiękne góry i szlaki przygotowane dla turystów, ale również ludzi, którzy swoją serdecznością nieustannie mnie zachwycają.

Okazja do takich eksploracji kraju nadarzyła się w listopadzie. Na ten czas Magda i jej fundacja Wysoko zaplanowali wyjazd w rejon Mera Peak. Po drodze mieliśmy odwiedzić szkołę we wsi Majkharka. Placówką tą od lat opiekuje się fundacja założona przez Magdę.

Bliskie sercu jest mi to miejsce, bo choć nigdy tam wcześniej nie byłam, to udało mi się kilka razy włączyć w akcje pomocy tej placówce.

Ciekawa byłam nepalskich uczniów i nauczycieli. Bardzo chciałam ich poznać i zobaczyć, w jakich warunkach się uczą. Jak wygląda ich szkoła.

W planach wyjazdu było także zdobycie szczytu Mera Peak (6461 m. n.pm.), a więc można było zakładać, że łatwo nie będzie. Nie zastanawiałam się długo, czy jechać. W ogóle nie myślałam o tym, czy dam radę zmierzyć się z takim wyzwaniem. Wiedziałam, że jadę pod okiem doświadczonych osób, które nie dadzą mi zginąć. I z tą pewnością pojechałam w góry.

Pod koniec października dołączyłam w Kathmandu do niewielkiej, bo pięcioosobowej grupy Polaków i wraz z Magdą i jej przyjacielem, a także górskim przewodnikiem, Namgielem ruszyliśmy ku nowej przygodzie.

Wyprawę rozpoczęliśmy długą, bo kilkunastogodzinną jazdą przez Nepal do rodzinnej wioski Namgiela, gdzie czekali na nas jego rodzice i gdzie znajduje się szkoła, którą mieliśmy w planach odwiedzić.

Nasz przewodnik i jego rodzice to Szerpowie, lud górski zamieszkujący głównie wysokie rejony Himalajów. Szerpowie pochodzą z Tybetu, skąd około 500 lat temu przenieśli się na południową stronę Himalajów. Na całym świecie słowo „Szerpa” kojarzy się z przewodnikami i tragarzami wysokogórskimi, pomagającymi wspinaczom zdobywać ośmiotysięczniki, szczególnie Mount Everest. To właśnie dzięki ich sile, doświadczeniu i znajomości gór wiele wypraw zakończyło się sukcesem. Poza wspinaczką wielu Szerpów prowadzi górskie gospodarstwa rolne.





Do tej wizyty w szkole przygotowałam się starannie. Dzięki pomocy zaprzyjaźnionych dentystek dla każdego ucznia miałam szczoteczkę i pastę do zębów oraz pół walizki cukierków.

Do Majkharki dotarliśmy wieczorem. Zmęczeni wielogodzinną jazdą myśleliśmy o szybkim wskoczeniu do łóżek, jednak na miejscu czekała na nas wielka rodzinna uczta. O spaniu nie było mowy.

Poczułam się niezwykle poruszona, ale i onieśmielona tym przywitaniem. Przygotowano dla nas szerpańską zupę i wiele innych potraw, których nie sposób było zjeść w całości.

Od razu pojawił się typowy lokalny trunek, czyli tongba. Rodzaj napoju fermentowanego z prosa (milletu). Tongbę pije się przez metalową lub bambusową rurkę, a do tych samych ziaren można kilka razy dolewać gorącej wody. To łagodny alkohol o kwaskowatym smaku, lekko rozgrzewający. Nie wszystkim smakuje, ja jednak lubię sączyć go w chłodne wieczory.

Siedziałam w kuchni i z wielkim zaciekawieniem przyglądałam się temu, co wokoło mnie. Pierwszy raz miałam okazję biesiadować w szerpańskiej chacie. I choć towarzystwo rozpierzchło się do łóżek nie wiadomo kiedy, z Magdą siedziałyśmy w kuchni do późnego wieczora.

Dla mojej koleżanki ta wizyta to jak odwiedziny u rodziny, była tu nie raz, dla mnie jak wejście do zupełnie innego świata.

W rogu tradycyjnie stało murowane palenisko, a pod ścianą półki z plastikowymi talerzami i ceramicznymi kubkami. Wszystko schludne i na tyle czyste, na ile mogą być czyste przedmioty w izbie, gdzie pali się ognisko, a za podłogę robi klepisko. Nie ma też zlewu, nie ma bieżącej wody. Po przeciwległej stronie do paleniska jest ujęcie wody, która doprowadzona jest z gór gumową rurką. A wszędzie rozstawione termosy z gorącą wodą, żeby była gotow gdy przyjdzie taka potrzeba.

Mama Namgiela nie siada z nami, cały czas kręci się po niewielkiej kuchni, dopytując, czy niczego nam nie brakuje.
 






Ponoć gdy wchodzi się do szerpańskiego domu, pierwszym pytaniem jakie usłyszymy, to nie „jak się masz?”, „jak się czujesz?”, tylko – „czy jadłeś?”. Szerpowie wiedzą, że skoro zawitałeś do ich domu, to pewnie idziesz z daleka i pewnie bez posiłku od wielu godzin.

Siedzimy sobie w tej lekko odymionej kuchni i wyciszamy pomału rozkołataną po wielogodzinnej drodze głowę. Namgiel bez przerwy dolewa herbaty. Okazuje się, że napoju nie można nalać do połowy albo tylko trochę. Kubek musi być wypełniony po brzegi, ten do połowy pusty przeznaczony jest dla zmarłych.

Przygotowano dla nas nie tylko przepyszny, obfity posiłek, ale także osobny domek, w którym czekała na nas zupełnie nowa pościel.



Pokochałam tę rodzinę Namgiela od razu i choć dzieliła nas bariera językowa, to myślę, że z panią Mamą rozumiałyśmy się doskonale.

Następnego dnia poszliśmy do wspomnianej już szkoły. Schodząc z góry widzieliśmy, jak dzieci czekają na nas z niecierpliwością. Ustawione w równym rządku, stały wymachując nepalską flagą na powitanie. Witały nas nie tylko dzieci. Na miejsce przybyli rodzice z dziećmi, które jeszcze do szkoły nie chodzą, ciekawscy mieszkańcy wioski i burmistrz. Oficjalnie przywitał nas dyrektor szkoły, a później dzieci zgotowały nam typowe, nepalskie powitanie, strojąc girlandami z kwiatów.
 




Dzieci dużo - nas garstka, a więc sznurów kwiatów na szyi mieliśmy tak dużo, że nie sposób było swobodnie się poruszać. Dzieci zdawały się nieporuszone całym zajściem, my zaś poruszeni do łez.

Gdy przeglądam zdjęcia z tamtego spotkania, po raz kolejny widzę, że żadne dziecko się nie uśmiecha. Wszyscy z powagą odbierają otrzymywane prezenty. Czy się nie cieszyli? Czy nie chcieli się z nami spotkać? Chcieli. Byli tak samo nas ciekawi jak my ich, ale tak zostali nauczeni. Wszystko brać na poważnie, nawet te radosne momenty.

 



Patrzę na dzieci ubrane w mundurki, z porządnymi plecakami w ręku. Jak dobrze, że Magda i jej fundacja się nimi zajęła. Dziś mają w czym chodzić do szkoły. Mają nauczycielkę języka angielskiego, o którą zadbała Fundacja Wysoko. W szkole jest i biblioteka, która powstała z inicjatywy Magdy. To pomieszczenie z zaledwie kilkoma półkami książek, ale przecież od czegoś trzeba zacząć.
 




Dzieci uczą się w dość prymitywnych warunkach, ale podstawowe potrzeby edukacyjne mają zapewnione. Kto chce, to się uczy, kto nie chce - wariuje. Jak dzieci.

O szkole można by pisać długo, ale nas zaczyna wołać zew gór.

W wiosce spędzamy półtora dnia i wyruszamy wyżej. W stronę Mery.

Kolejny dzień wita nas deszczem. Jeszcze jesteśmy nisko, mniej więcej na poziomie 2000 m n.p.m., więc nie jest zimno. Deszcz zacina lekko, a my, w całkiem dobrych humorach, zaczynamy nasz trekking.

Po drodze zaglądamy do monasteru, gdzie lama udziela nam błogosławieństwa na dalszą drogę. Modli się nad nami długo, a my zaczynamy szczękać zębami, bo co prawda światynia piękna, ale chłodna.



Idziemy długo w deszczu. Do pierwszej naszej lodży docieramy na długo po zapadnięciu zmroku, brodząc wcześniej kilka godzin w błocie. Oblepieni pijawkami, po których ślady mam do dzisiaj, siadamy w końcu przy palenisku. Nikt nie chce jeść kolacji w ładnej, ale nieogrzewanej jadalni. Zaczyna się rozwieszanie mokrych koszulek, spodni i butów. Wszystko, co na nas, ocieka wodą. Nikt nie marudzi. Decydując się na taki wyjazd, nie ma gwarancji pięknej pogody. Zaczynamy sprawdzać prognozy, jak będzie jutro, pojutrze , bo choć deszcz jeszcze nas bardzo nie zmęczył, to jednak perspektywa brodzenia w błocie i deszczu nikomu się nie uśmiecha.

 



Prognozy nie są jednak dobre. Będzie padać. Będzie padać przez kilka najbliższych dni i to dość intensywnie. Oczywiście nikt z nas nie wierzy w te przepowiednie meteorologiczne i wszyscy kładziemy się spać z nadzieją na słońce. Niestety kolejny i następny dzień witają nas ulewami. Docierają do nas informacje o nietypowych jak na tę porę roku intensywnych opadach śniegu w wyższych partiach gór. Zaczynamy więc niebiosom dziękować za deszcz, wiedząc, że śnieg to już zupełnie inna liga opadów.

W pierwszych dniach trekkingu widoki raczej marne, wszystko spowite chmurami, podejść jednak dużo. Pamietam dzień, kiedy lało jak z cebra, a my wspinaliśmy się w sumie 1150 metrów w góre. Gdy dotarliśmy na niewielką przełecz, byłam zupełnie przemoczona i tak zmarznięta, że nie byłam w stanie ruszać palcami. Namgiel wziął moje zmarznięte dłonie, rozcierł je i ustawił nad ogniskiem. Nie zapomnę tego gestu na długo. Czułam, jakby ktoś przywracał życie moim dłoniom.

 







Nie miałam siły na dalszą wędrówkę. Bolał mnie każdy mięsień i kość, z nosa się lało, a oczy uciekały do środka głowy. Choroba dobierała się do mnie nagle i w zupełnie nieodpowiednim momencie.

Pewnie zaraziłam się od gościa, który siedział obok mnie w samolocie i przez dwanaście godzin pociągał nosem. Trzy dni spaceru w deszczu też się do tego dołożyły. Idę wolno. Gdy docieramy na nocleg, zagrzebuję się w śpiwór i kołdry, ustawiam obok termos z herbatą i zaczynam przeglądać apteczki wszystkich uczestników trekkingu.


Od kilku dni brałam jakieś leki na przeziębienie, bo zaczynałam pokasływać, ale teraz choroba zaczęła atakować mnie na poważnie.

Nie chciałam wracać. Chciałam przeżyć tę górską przygodę do końca. Przecież jeszcze nawet nie doszliśmy do głównego szlaku prowadzącego pod Merę.

Biorę antybiotyk zaproponowany przez Mikołaja. Mówi, że to tabletki o szerokim spektrum działania, ma ich sporo, powinno mi wystarczyć. Ufam mu.


Na drugi dzień wita nas słońce, biały koń w oddali i zadowolony pies. Te pierwsze promienie słońca poprawiają wszystkim nastrój. Ja również czuję się jakby lepiej. Idziemy dalej w tę przygodę.

Droga jest piękna, z szeroką panoramą gór, która niestety bardzo szybko zostaje wchłonięta przez chmury. Ale trochę się napatrzyliśmy, napstrykaliśmy zdjęć, więc jest fajnie. Powoli docieramy do zjawiskowych, bajecznych i magicznych lasów rododendronowych. Wszystko pokryte mchem i wilgocią. Ten odcinek to jak podróż przez baśń, gdzie co prawda rządzi okropna wiedźma, która straszy zza krzaków, ale my idziemy na spotkanie dobrych krasnoludków, którzy zaraz odczarują całe zło. Brniemy przez liście i błoto, w górę i w dół, jakby droga nie miała końca. Późnym popołudniem docieramy do osady zwanej Kothe i tu zostaniemy na dwa dni.
 





Jesteśmy na dobrej wysokości (3580 m.), żeby się zaaklimatyzować, więc taki postój dobrze nam zrobi. Wiem, że Magda robi ten dzień przerwy również dla mnie. Idę wolno, antybiotyk skutecznie mnie osłabia, więc takie nicnierobienie dobrze mi robi.
 



Gdy kolejnego dnia ruszamy dalej, świeci słońce. Prawie cały dzień idziemy rozległą doliną, wzdłuz rzeki Hinku Drangka. Boski to spacer, pozbawiony trosk i problemów. Jest tylko człowiek i droga przed nim. Idzie się niemalże lekko, skocznie. W takie dni można poczuć, że dusza leci obok człowieka. Pcha go do przodu i nie pozwala na szare nastroje. Cudny to czas. Takie dni zdarzają mi się raz na kilka lat. Ostatnio, gdy szłam przez dolinę Horkones w Andach, Magda kichała i smarkała obok, a ja szłam w podskokach. I wcale nie chodzi tu o tempo marszu, bo ja zasadniczo wlokę się na końcu, ale o tę lekkość, którą jeśli ktoś ma szczęście może poczuć raz na jakiś czas.

Pomału zaczynają się przed nami rysować ośnieżone szczyty. Słońce zachodzi szybko, a wieczory są bardzo chłodne.




Mnie zaś ogarnia okropne pragnienie. Piję , piję i piję, i nie mogę ugasić pragnienia. Wypijam termos herbaty, potem jeszcze jedną szklankę i następną, później pół litra Sprite’a i szklankę rozpuszczonego magnezu. Szalone pragnienie, którego nie da się ugasić. Organizm jest mądrzejszy od głowy. To oczywiście wysokość wywołała to pragnienie, a organizm sam podpowiadał, że żeby czuć się dobrze na tej wysokości (4358m), trzeba dużo pić.

Niepotrzebne są żadne tabletki na chorobę wysokościową, wystarczy odpowiednie nawodnienie, około 4-6  litrów płynów dziennie, dobra aklimatyzacja i spokojny sen. Przetestowałam ten system na sobie i polecam każdemu, kto wybiera się w góry wysokie.

I tak krok po kroku docieramy do Khare (5045m), miejsca, skąd zaczniemy wchodzić na szczyt Mera Peak. To uznawany za jeden z najwyższych nepalskich szczytów trekkingowych. Khare wita nas słońcem i śniegiem. Dochodząc do osady, już wiemy, że dobrze się stało, że szliśmy w deszczu. Tutaj w tym czasie padał intensywnie śnieg, uniemożliwiając ludziom nawet próbę wejścia na szczyt. Gdy my docieramy do tego miejsca, śniegu jest po kolana, ale ścieżki są już wydeptane, a informacji o kolejnych opadach na szczęście brak. W Khare mamy dzień aklimatyzacyjny, podczas którego m.in odbywamy zajęcia instruktażowe z obsługi liny, które prowadzi nasz przewodnik szczytow, pan Lakpa.

Jest przepięknie. Wszystko mnie zachwyca. Białe szczyty dookoła, tłum ludzi w jadalni, smak frytek i szybki internet. Nie można chcieć więcej, bo to, co mam, to bardzo dużo. Czuję się nie najgorzej. Antybiotyk robi swoją robotę. Nie rozłożyłam się nigdzie po drodze.
 








Nie pamiętam, kiedy myłam się ostatni raz. W tych warunkach nikt nie myśli ani o myciu, ani o praniu. Wszyscy wyglądamy podobnie i wszyscy zaliczamy te same problemy higieniczne. Wycieranie się mokrymi chusteczkami to norma w tych okolicznościach.

Rano ubieram wysokie, podwójnie ocieplane buty, dwie pary skarpet, nakładam raki i razem ze wszystkimi ruszam w stronę szczytu.

I w tym momencie pojawiła się myśl zgubna i niepotrzebna – bylebym tylko doszła do High Campu, to przecież prawie 5800m, całkiem wysoko.

Zawsze mam lekkiego stracha, jak idę w górę. Nie, nie boję się, że coś się stanie, że zejdzie lawina, nagła burza, silne wiatry albo że coś mi się stanie. W ogóle nie myślę w tych kategoriach. To raczej taki irracjonalny lęk, przed czymś nieopisanym. Przed sobą, swoimi ograniczeniami, przed swoimi niemożliwościami. Bo ileż ja mogę? Nigdy nie byłam atletyczną osobą. Biegać zaczęłam późno. Z górami wdałam się w poważny romans też późno. Więc, ile ja mogę?

Człowiek może więcej, niż mu się wydaje. To głowa go niesie dalej i wyżej, nogi tylko pomagają w osiągnięciu celu.

Idę w górę krok za kroczkiem. Powolutku. Razem ze mną idzie Magda i Namgiel. Wiedziałam, że oddaję się w dobre ręce, zaufanych osób. Pilnują mnie na każdym metrze. Dbają, żebym piła i spoglądała w górę od czasu do czasu, nie tylko pod nogi. Wiedzą, że jestem słaba, choroba i lekarstwa skutecznie mnie osłabiły. Przystajemy co jakiś czas. Ubieramy coraz cieplejsze kurtki. Powyżej 5500 m n.p.m. wiatr wdziera się już w każdą część ubrania. Ale nad nami świeci piękne słońce, a za plecami mamy widok na Mt. Everest, Lhotse, Cho Oyu, Kanczendzongę i Makalu. Obrazek jak marzenie. Nie mogę wprost uwierzyć, że dostąpiłam tego wielkiego górskiego przywileju bycia w tym miejscu. Chce mi się płakać i śmiać jednocześnie.












Gdy po południu dochodzimy do High Campu, jestem bardzo zmęczona i powoli zaczyna atakować mnie wysokość. Po godzinie czuję, jak nabrzmiewa mi twarz. To efekt wysokości. Szybko oceniam swoje szanse na atak szczytowy.



Magda z Namgielem są gotowi wyjść ze mną dużo wcześniej niż reszta grupy, tak aby wejść i zejść ze szczytu w odpowiednim czasie. Ale ja czuję, że będę ich bardzo spowalniać. Nie dam rady, nie mam siły. Bo jak wiemy, sztuką jest nie tylko zdobyć szczyt, ale sztuką jest również zejść z niego bezpiecznie.

Nie tylko ja decyduję się zostać w High Campie.

 



Ostatecznie szczyt zdobywają Magda, Namgiel, Mikołaj i Mariusz, czyli męska część naszej grupy. Dziewczyny zostały na wysokości 5800. Na szczycie Mera Peak staje jako pierwszy Lakpa, jeden z naszych porterów. To jego pierwszy szczyt w życiu. Cieszę się razem z nim z tego zdobycia. On jest jak dziecko, radosny bez przerwy, czerpiący radość z małych rzeczy.

Lubię wracać do jego uśmiechu. Też bym chciała umieć tak się śmiać do życia z niczego.

 



Rano schodzimy powoli w dół. Oczywiście z każdym krokiem opuchlizna schodzi z twarzy, a ból głowy, który nie pozwalał zmrużyć oka, ustępuje. Po paru godzinach dołącza do nas Magda z chłopakami. Słucham zachłannie relacji ze szczytu. Gratuluję im wiele razy i ściskam bez końca. Przecież jeśli część załogi weszła na szczyt, to znaczy, że ekipa szczyt zdobyła.

Przed nami długi powrót. Do pokonania mamy jeszcze dwie przełęcze i wiele godzin marszu. Pogoda nam sprzyja, ale emocje znacznie opadły. Już wiemy, jak jest na górze, już wiemy, że przed nami tylko droga powrotna. Jednak góry potrafią zdziwić i zadziwić. Pierwsza przełęcz, którą zaliczaliśmy w drodze powrotnej, dała nam piękny spektakl wędrujących chmur i promieni słońca.

Szłam z Magdą przez te ścieżki niespiesznie, rozkoszując się tym, co wokół nas. Góry dają czasami poczucie odrealnienia. Jakby człowiek nigdy wcześniej nie istniał i nic później na niego nie czekało. Jest ścieżka skalista pod stopami i chmury nad nami, a wokół horyzont utkany z gór i my w środku tego piękna. Nic nie trzeba robić, żeby poczuć się szczęśliwym, wystarczy oddychać. Czasami po prostu wystarczy być, żeby było wspaniale.

 





Ta piękna wędrówka kończy się noclegiem w uroczym miejscu (Thulikhaka), które wszystkim przypomina polskie schroniska. Drewniane pokoje z surowymi łóżkami, a ściany tak cienkie, że spokojnie można rozmawiać z gośćmi śpiącymi obok w pokoju. Siedzimy długo wieczorem w ciepłej jadalni, przyglądając się młodej dziewczynie, która świetnie ogarnia zachcianki wszystkich przybyłych tego dnia gości.

W wieczór taki jak ten zaczynają się przypominać zdarzenia i ludzie z drogi. Tą samą trasą szli przez chwilę wojskowi z Wielkiej Brytanii. Stara załoga i młodzi chłopcy, w sumie około piętnastu osób. Byliśmy pewni, że wszyscy zdobędą szczyt. Okazało się, że nawet nie wszyscy podjęli wyzwanie. Fajnie było ich podpatrywać i podsłuchiwać motywacyjnych rozmowów, które w zderzeniu z górami na niewiele się zdały. Było też dwóch Niemców, którzy nie mówili dużo, za to dużo jedli. Zgubiliśmy ich z oczu po kilku dniach.

Na szlaku spotkalismy również sporo Polaków. Jakby Mera była jakąś polską górą, na którą choć raz w życiu każdy musi wejść. Byli i Rosjanie, w bardzo drogich ciuchach, ale o nich nie będę wspominać.
 


Ale z wielką czułością wracam do tych wszystkich ludzi, którzy gościli nas w swoich lodżach, przygotowywali posiłki i grzali hektolitry ciepłej wody. I choć to niby sprawy oczywiste, to jednak w górach nawet swobodne oddychanie nie jest prostą sprawą.



Kończymy trekking. Przed nami jeszcze jedna przełęcz i półtora dnia w dół.

Przełęcz przepiękna - Zatrwa la pass (4610m), na której urządziliśmy sobie sesję fotograficzną. Schodzenie było tańcem na lodzie. Północna strona góry skuta była lodem. Gdy doszliśmy na lunch, okazało się, że dzień będzie znacznie dłuższy, niż zakładaliśmy.

 





A w założeniach po posiłku mieliśmy iść trzy godziny do Chutang, przespać się i w kolejne trzy godziny dojść do Lukli, skąd następnego dnia mieliśmy lecieć do Kathmandu.

Okazało się jednak, że lot został błędnie zabookowany i lecimy do stolicy Nepalu dzień wcześniej. Oznaczało to tyle, że przed nami nie krótki spacerek, a długa droga.

Lukla już z daleka witała nas kolorowymi światłami i zapachem ciepłego powietrza. Wieczorem, zwyczajowo, pożegnalna kolacja z porterami.

Dziękować tym chłopakom mogłabym bardzo długo, a i tak, w moim przekonaniu, byłoby tego podziękowania za mało.

Bo jak podziękować ludziom, którzy szli z nami krok w krok, uśmiechając się szczerze, ale niosąc na sobie nasze torby. My w wygodnych butach i odpowiednich ciuchach, przystosowanych na każdą pogodę. Oni w kaloszach i swetrach. Przecież marzli tak jak my, tak samo przemakali i tak samo w pewnym momencie byli zmęczeni.

Pomagali nam jednak z uśmiechem. Nigdy nie wiem, co mam im na koniec powiedzieć, jak wyrazić w słowach wielkiego, z serca płynącego przytulasa. Pijemy razem piwo, ale pogadać ciężko. Ja nie mówię po nepalsku, oni po angielsku. Uśmiechamy się więc do siebie, wykrzykując polskie „na zdrowie”.

 



Wracamy do Kathmandu. Zostaję tutaj parę dni dłużej. Chcę pobyć w tym rozdygotanym mieście. Chcę pobyć z Magdą i Namgielem. Popatrzeć na miasto ich oczami. Powłóczyć się po zakurzonych uliczkach.

Gdy drzemię na dachu mieszkania Magdy i Namgiela, wygrzewając się w słońcu jak kot, czuję ogromną wdzięczność do losu.

Przeżyłam właśnie przepiękną górską przygodę. Przeszłam wcale niełatwy trekking, a teraz leżę sobie na dachu u ludzi, dzięki którym ta cała wyprawa była możliwa.

Pewnie nigdy nie uda mi się im wystarczająco za wszystko podziękować. Dawno nikt o mnie nie dbał tak jak ta dwójka.



Spoglądam z dachu na szczyty gór okalających Kathmandu. O dziwo smog nie zasłania widoku.

Patrzę i już jestem tam z powrotem. W tych górach, na tych ścieżkach.

Góry bowiem dają mi bezmiar szczęścia. Tylko tam czuję się spokojnie. Nic nie muszę, jedynie iść. Nie interesują mnie opinie innych, nie muszę się starać, grać, udawać. Bo przecież zawsze kogoś udajemy, o coś zabiegamy, na czymś nam zależy.

Góry obdzierają nas z póz i masek. Stawiają nas w prawdzie jak przed lustrem. Można popatrzeć sobie w twarz, szczerze się zaśmiać lub zasmucić. Góry pozwalają pokochać życie na nowo, odkryć jego blask. Najważniejsze bowiem to podążać do przodu, powoli stawiać kroki. I nieważne, ile razy zgubimy drogę , w końcu znajdziemy się dokładnie tam, gdzie powinniśmy być.


Komentarze

Popularne posty